sobota, 21 lipca 2018

Nivea, Suchy szampon dla brunetek Fresh Revive

Nivea, Suchy szampon dla brunetek Fresh Revive
Bardzo lubię suche szampony i zawsze muszę mieć jakiś w swojej kosmetyczce. Cóż, zdarza się, że umycie głowy jest niemożliwe, a przecież trzeba jakoś wyglądać i nie straszyć ludzi na ulicy. Właśnie w takich sytuacjach sięgam po suchy szampon. Okazjonalnie oczywiście, a nie non stop :) Tym razem postawiłam na produkt od Nivea. Jest to nowość w ofercie marki, więc z jeszcze większym powerem zabrałam się za testy. 

SUCHY SZAMPON DLA BRUNETEK FRESH REVIVE




Skład:

Pojemność: 200 ml
Cena: ok. 16 zł
Moja opinia:
Bardzo, ale to bardzo spodobała mi się szata graficzna nowego produktu od Nivea. Wygląda rewelacyjnie, tak wakacyjnie i zachęcająco. Sama buteleczka szamponu nie jest jakaś wyszukana, ale ta grafika naprawdę się wyróżnia i na taki produkt zwróciłabym uwagę w sklepie w pierwszej kolejności. 
Jeśli chodzi o sprawy techniczne, to dozownik działa bez zarzutu. Ani razu nie dał plamy, dosłownie i w przenośni. Atomizer równomiernie rozpyla kosmetyk, a nie strzela na prawo i lewo jednolitą strugą białej mgiełki. Wiecie mam nadzieję o co mi chodzi. Co ważne, nie muszę też zbytnio się z nim siłować, bo wystarczy delikatny nacisk na aplikator. Buteleczką można swobodnie manewrować.


Jeśli chodzi o zapach produktu marki Nivea, to jest on o wiele przyjemniejszy od zapachu suchych szamponów, które miałam okazję poznać. Aromat mogę zaliczyć do delikatnych i nie kłócących się np. z perfumami, czy kosmetykami pielęgnacyjnymi. Oczywiście jest wyczuwalny i to przez cały dzień, ale z pewnością nie dominuję i z tego się bardzo cieszę. 

Wybrałam sobie wariant szamponu dla brunetek, ale jeszcze jest taki przeznaczony dla szatynek i blondynek. Fajnie, nie? W taki sposób każda z nas może sobie dobrać właściwy produkt. A podział na kolor włosów nie jest tutaj przypadkowy. Ten suchy szampon ma nam ożywiać odcień pasm. Ciekawe rozwiązanie, chociaż nie ukrywam, że takiego działania nie wymagam od suchego szamponu. Zdecydowanie ważniejsze jest dla mnie odświeżenie pasm i brak podrażnień, czy swędzenia skóry głowy. Ten suchy szampon i na tym polu spisuje się genialnie. Dzięki niemu włosy wyglądają naprawdę ładnie, nie są sztywne i posklejane, uraczone białym pyłem. Oczywiście później musimy umyć głowę, ale w razie draki, taki szamponik warto mieć przy sobie. 

czwartek, 19 lipca 2018

Kosmetyki Moje Auto w natarciu!

Kosmetyki Moje Auto w natarciu!
Dziś zupełnie inny wpis, chociaż mający w sobie coś z kosmetyków. Tym razem nie będą to jednak produkty do pielęgnacji mojej skromnej osoby, a służące do "ogarnięcia" mojego kochanego autka. Przyznam się wam, że nie przepadam za jazdą samochodem. Dokładniej rzecz ujmując, nie lubię prowadzić, lecz o czystości swoich czterech kółek pamiętam zawsze.

 

W tej recenzji chciałam wam zaprezentować dwa produkty od firmy Amtra. Będą to dwa kosmetyki z linii Moje Auto, która swą premierę miała w roku 2004. Kosmetyki Moje Auto były wielokrotnie nagradzane, poleca je nawet mistrz czterech kółek, Kajetan Kajetanowicz. Dlatego z wielką przyjemnością przetestowałam preparaty, a dziś przybiegam do was z ich recenzją.



Nie lubię myć okien, a co dopiero szyb w samochodzie. Jednak czysta szyba auta, to jednocześnie inwestycja w bezpieczeństwo nasze i ludzi, którzy poruszają się na drodze. Przez umazane lusterka, czy właśnie szyby, zbyt wiele nie widzimy, więc o wypadek i nieszczęście nietrudno. Dlatego zawsze pamiętam o czyszczeniu tych części samochodu, chociaż nie przepadam za tym zajęciem. Jednak z preparatem Moje Auto, znienawidzona praca staje się o wiele przyjemniejsza.

Mamy tutaj piankę, którą zamknięto w poręcznej, przeźroczystej buteleczce z atomizerem. Uwielbiam takie opakowania środków czyszczących, ponieważ mogę sobie swobodnie nimi manewrować i dozować akuratną ilość preparatu. Sama pianka jest wodą, ale przy przejściu przez mechanizm dozujący, zamienia się w puchatą, białą piankę. Wystarczy jej niewiele, by szyby dosłownie lśniły.

Pianka nie wydziela drażniącego zapachu. Radzi sobie fenomenalnie z mocnymi zabrudzeniami. Dla niej nie ma rzeczy niemożliwych. Co ważne, pianka sprawia, że szyby brudzą się wolniej, a po deszczu nie pojawiają się zacieki. Super sprawa! Dawno nie miałam tak skutecznego kosmetyku do czyszczenia auta.

A to drugi pomocnik...




Coś takiego testowałam po raz pierwszy, ale już dziś wiem, że preparat zostanie ze mną na zawsze. Nie wiem, jak ja wcześniej radziłam sobie z usuwaniem insektów z karoserii auta, szyb itp. Specyfik jest genialny! Tutaj też mamy wygodną, poręczną buteleczkę z atomizerem, który sprawnie i idealnie rozpyla akuratną ilość preparatu. Sam preparat nie pachnie drażniąco, nieprzyjemnie. Dla nas, kobiet, to niezwykle ważne :)

Postępując zgodnie z zaleceniami producenta, możemy być tylko zadowoleni z uzyskanych efektów. Auto dosłownie lśni! Tablice rejestracyjne, z którymi zawsze miałam problem, bo były zawsze niesamowicie brudne, teraz dosłownie migoczą w promieniach słoneczka. Zero niepotrzebnego tarcia szmatką, namaczania wodą itd. Jedno spłukanie po minucie działania preparatu wystarcza. No chyba, że zabrudzenia są mocne, zaschnięte, a insektów jest więcej, to wtedy należy czynność powtórzyć. Trzeba tylko pamiętać, by czyszczona powierzchnia nie była nagrzana. Preparat oczywiście nie odbarwia, nie robi jakichś psikusów na karoserii. Wiecie co? Myłam nim nawet ramy okienne i jestem zachwycona w jak szybki sposób zniknęły zabrudzenia. Coś niesamowitego!

A to mała próbka tego, co potrafią preparaty Moje Auto...








I co? Jesteście przekonani? Gorąco i z czystym sumieniem polecam wam kosmetyki z linii Moje Auto. W zanadrzu mam przygotowaną recenzję kolejnych preparatów firmy Amtra, także zaglądajcie na bloga w poszukiwaniu nowości.   

środa, 18 lipca 2018

Olejek w balsamie Kwiat Pomarańczy

Olejek w balsamie Kwiat Pomarańczy
W ten paskudny, deszczowy i smutny dzień, przychodzę do was z recenzją nowego kosmetyku od Nivea, przeznaczonego do pielęgnacji ciała. Na lato lubię zmieniać swą kosmetyczkę, wybierać produkty lekkie, nie pozostawiające tłustego, nieprzyjemnego filmu. I taki też jest nowy olejek w balsamie marki Nivea... To drugi wariant zapachowy tego specyfiku, który miałam okazję przetestować.

OLEJEK W BALSAMIE KWIAT POMARAŃCZY I OLEJEK AWOKADO





Od producenta:

Skład:

Pojemność: 200 ml
Cena: ok. 18 zł
Moja opinia:
Nivea lubi rozpieszczać swoje przyjaciółki. To kolejna paczka od marki, a jej zawartość przetestowałam z największą przyjemnością. Tak jak wspominałam wam na samym początku, jest to kolejny wariant zapachowy kultowego olejku w balsamie. Jakiś czas temu w mojej łazience gościł ten z kwiatem wiśni z którym bardzo się polubiłam. Jak sprawdziła się u mnie nowość? Równie dobrze!

Balsamik otrzymujemy w smukłej, bardzo poręcznej i lekkiej buteleczce, która sprawdza się w każdej sytuacji i o każdej porze. Otwieram i zamykam ją bez najmniejszego problemu, ponieważ opakowanie posiada klapkę. Także, gdy zależy mi na czasie, a chcę odpowiednio zadbać o swoją skórę, nie muszę już w popłochu patrzeć na zegarek i tracić cenne minuty na "obsługiwanie" buteleczki. 


Uwielbiam ten balsam za jego konsystencję. Jest leciutka jak chmurka, odrobinę wodnista, jednak fajnie się rozprowadza, nie spływa z ciała. Balsam szybko, a wręcz błyskawicznie się wchłania i nie pozostawia tłustej, lepkiej warstwy. To lubię, a wy? Na lato nie wyobrażam sobie lepszej struktury kosmetyku do pielęgnacji ciała. 


To małe cudo faktycznie pachnie pomarańczami i zapach ten nie jest zbyt sztuczny, nachalny i trudny do zaakceptowania. Działa orzeźwiająco i odświeżająco, długo wyczuwam go na skórze. Jak sprawa wygląda z działaniem? Cóż, balsam nawilża idealne, przynajmniej moją skórę, która ostatnio nie kaprysi, ale też od czasu do czasu wymaga solidnej dawki odżywienia. Kosmetyk marki Nivea sprawia, że ciało staje się przyjemnie gładkie, delikatne. Zastosowany po depilacji nie wywołuje szczypania, czy podrażnień. To produkt który chcę wam polecić, a w szczególności do letniej kosmetyczki. Warto!

niedziela, 15 lipca 2018

Śpij dobrze z Cocomilo

Śpij dobrze z Cocomilo
Sen jest bardzo ważny. Często w natłoku przeróżnych zajęć i obowiązków zapominamy o położeniu się do łóżka o stałej porze, nie czytaniu przed snem maili, wiadomości telefonicznych itp. Tak więc w prosty sposób zaburzamy rytm naszego organizmu. Potem pojawiają się problemy z zaśnięciem, następuje wybudzanie np. w samym środku nocy itp. I o ile pracujemy na nocne zmiany, nie możemy sobie pozwolić na położenie się spać przykładowo o 22, to już zarywając noc dla obejrzenia kilku odcinków ulubionego serialu, jest według mnie czystą głupotą. 

Drugą, bardzo ważną sprawą, jest przygotowanie do snu. Pomieszczenie powinno być przewietrzone, a pościel świeżutka i wykonana z porządnego materiału. A co z poduszkami? Ja przyznam się wam, że sporo poduszek przetestowałam i sporo wyrzuciłam z łóżka ;) Muszę mieć wygodnie! Niestety od jakiegoś czasu, rankiem męczył mnie potworny ból karku, a w upalne dni, skóra głowy była dosłownie mokra. Znalazłam jednak na to sposób... Poznałam fantastyczną poduszkę od Cocomilo, która skradła moje serducho już pierwszej nocy.

 






Cena: 46 zł 28 zł do kupienia tutaj
Moja opinia:
Możecie mi wierzyć, fanka takich wynalazków ze mnie żadna. Dla mnie bardzo ważna jest wygoda podczas snu, a miałam jakieś takie dziwne wrażenie, że taka poduszka z łuską gryki wcale nie będzie odpowiednia do spania, bo zacznie uwierać, zbijać się, spadać z łóżka itp. Nic bardziej mylnego! Już pierwszej nocy z poduszką od Cocomilo przekonałam się, iż moje obawy były totalnie bezpodstawne. 

Ja wybrałam sobie poduszkę w rozmiarze 40/50, ale w ofercie firmy znajdziecie jeszcze inne warianty. Najmniejszy to 30/40, a największy 50/60, więc każda z was znajdzie dla siebie coś akuratnego. Osobiście zdecydowałam się na średni rozmiar, który po prostu pasował do mojego łóżka. Lubię puchate, wysokie poduszki, więc ta na samym początku wydawała się być zbyt płaska. I znów przeżyłam spore zaskoczenie. Łusek gryki jest w środku tyle, że poduszka wcale nie jest dla mnie za niska. Producent pomyślał o zamku wszytym w poszeweczkę, więc możecie sobie samodzielnie odsypywać, czy dosypywać odpowiednią ilość łusek. Oczywiście w ten sam sposób opróżniamy zawartość poduszki w celu jej wyprania. Super sprawa, no nie?




O zaletach tej poduszki, producent pisze tutaj. Ja jednak z własnego doświadczenia mogę wam powiedzieć co nie co na jej temat. Pierwszy sen w jej towarzystwie był... dziwny, ale fajny. Poduszka oczywiście przy ruchu głowy nieco szumi, ale mnie to w zupełności nie przeszkadza. Zawsze można naciągnąć na nią dodatkową poszewkę. Obecnie tak przyzwyczaiłam się do niej, że nie potrafię bez podusi Cocomilo zasnąć. Skończyły się bóle szyi, skóra głowy nie jest również spocona. Zamierzam zakupić kolejne sztuki dla pozostałych członków rodziny. Teraz na stronie Cocomilo, jest fajna promocja na podusie z łuską gryki, więc na zakupy wybiorę się jak najszybciej :)


Czarna, szatańska pasta do zębów :)

Czarna, szatańska pasta do zębów :)
W przypadku past do zębów nie lubię eksperymentów. Moje wiecznie podrażnione dziąsła często dają o sobie znać, a zmiany pasty nie zawsze wychodziły mi na dobre. Czasem po prostu bałam się zaostrzenia problemu. Mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi :) Dlatego kiedy w ręku trzymałam tubkę czarnej pasty Splat ze sklepu internetowego e-fryzjernia.pl, nie wiedziałam, czy mam jej używać, czy lepiej dać sobie spokój. Zaryzykowałam i po raz kolejny to się naprawdę opłaciło.



SPLAT, BLACKWOOD PASTA DO ZĘBÓW 



Od producenta:

Skład:

Pojemność: 75 ml
Cena: 25.70 zł do kupienia tutaj 
Moja opinia: 
Po raz pierwszy testowałam pastę marki Splat, więc nawet nie miałam żadnej orientacji w temacie, a tylko zostałam nieco uspokojona pozytywnymi opiniami, które wyszperałam w internecie. Opakowanie pasty na tle innych z pewnością bardzo się wyróżnia. Tubka produktu ma czarny kolor, więc w porównaniu z biało - niebieskimi barwami kartonika innych past do zębów, wygląda dla mnie mega atrakcyjnie. Czarny kolor tubki i kartonowego pudełeczka nie pojawił się tutaj bez żadnej przyczyny. Pasta zawiera węgiel z brzozy karelskiej, także nawiązanie do głównego składnika mamy idealne :)

Co spodobało mi się jeszcze od strony technicznej produktu? Opakowanie pasty otwierane i zamykane przy pomocy klapki. Koniec z upierdliwymi zakrętkami, które wprost uwielbiają wypadać mi z ręki. Niby drobiazg, ale dla mnie mega ważny. Sama pasta ma oczywiście czarny kolorek, co chyba po moim wprowadzeniu już was nie dziwi. Nie ukrywam, że na samym początku byłam przestraszona, ale tylko przez kilka chwil. 


Pasta, tak jak wspominałam, ma w składzie węgiel, ale także między innymi ekstrakt z jałowca i właśnie ten składnik w smaku pasty dokładnie wyczuwałam. To coś innego, jednak bardzo przyjemnego. Pasta ma naprawdę ciekawy, ale dobry smak. Wytwarza sporą pianę, a jednocześnie nie trzeba jej na jeden raz zbyt dużo wyciskać. Pachnie też przyjemnie, odświeża oddech na długo. Produkt nie zawiera fluoru. A jak radzi sobie z wybielaniem? Oczywiście na śnieżnobiały uśmiech należy trochę poczekać, ale stopniowo, regularnie stosowana, wykonuje kawał dobrej roboty. Jednocześnie nie podrażnia dziąseł, nie wywołuje nadwrażliwości zębów. Bardzo ją polubiłam i chętnie sięgam po produkt marki Splat. Z przyjemnością poznam pozostałe pasty z ich oferty. 

piątek, 6 lipca 2018

Dove Nourishing Body Care, czyli o nowej serii balsamów do ciała słów kilka

Dove Nourishing Body Care, czyli o nowej serii balsamów do ciała słów kilka
Czy wasze poszukiwania doskonałego kosmetyku do pielęgnacji ciała można uznać za zakończone z sukcesem? Producenci prześcigają się w wymyślaniu nowych specyfików, które nasza skóra powinna pokochać. Jednak każda z nich ma swoje własne wymagania, upodobania. Spełnienie oczekiwań dużej grupy kobiet bywa trudne, więc przed firmami zawsze stoi wymagające zadanie do wykonania. Cóż, marka Dove radzi sobie z tym doskonale. Ich kosmetyki kochają miliony, a dziś otrzymali oni szansę podbicia serc kolejnych pań. Na rynku pojawiły się trzy balsamy należące do nowej serii Dove Nourishing Body Care. Kosmetyki wyróżnia ulepszona formuła...

Zanim jednak o specjalnym działaniu, chciałam wam jeszcze przypomnieć o pewnym fakcie. O starzeniu się skóry, o procesie, który oczywiście jest nieunikniony, ale nie znaczy to, że niemożliwy do opóźnienia. Jak pewnie z lekcji biologii doskonale wiecie, kondycja naszej skóry jest uzależniona od kondycji płaszcza wodno-lipidowego. To on sprawia, że skóra ma odpowiedni poziom nawilżenia. Jednak nasze zaniedbania, uszkadzają strukturę tegoż płaszcza. Wtedy pojawia się suchość ciała, podrażnienia, a nawet wspomniane wcześniej starzenie się skóry. Jak temu zapobiec? Nie wolno zapominać o używaniu balsamów! Ja polecam wam właśnie te od Dove.


Balsamy marki Dove nie działają tylko powierzchownie. One są w stanie głęboko nawilżyć i odżywić suchą, spierzchniętą skórę, przywrócić jej gładkość i elastyczność. Właśnie swą premierę mają trzy nowe balsamy, które wzbogacono unikalną formułą NutriDUO i witaminą E. Formuła ta stanowi połączenie naturalnych składników odżywczych występujących w skórze, a także pielęgnujących olejków, które działają na głębsze warstwy naskórka i nie dopuszczają do utraty wody z powierzchni skóry. Jeśli chodzi o witaminę E, to jest to tak zwany eliksir młodości. Działanie tej witaminy wpływa pozytywnie na stan skóry. Tak więc lepszego składu balsamów nie można sobie było wyobrazić.

Marka Dove przygotowała trzy nowe balsamy, które spełnią wymagania każdej skóry:


* Odżywczy balsam do ciała Dove Light Hydro


* Odżywczy balsam do ciała Dove Essential Nourishment


* Odżywczy balsam do ciała Dove Intensive Nourishment


Mamy tutaj trzy produkty do pielęgnacji ciała, które zamknięto w smukłych, bardzo poręcznych buteleczkach. Nie muszę siłować się z ich otwarciem, czy zamknięciem, co bardzo lubię w kosmetykach marki Dove. Oczywiście w tym przypadku opakowanie jest sprawą drugorzędną, bo liczy się tak naprawdę jego zawartość. A ta jest fantastyczna!

W pierwszej kolejności zakochałam się w balsamie Light Hydro, który z konsystencji przypomina raczej lekkie, delikatne mleczko. Na szczęście nie spływa ze skóry i wchłania się niczym błyskawica. Drugi balsam, Essential Nourishment, jest już bardziej treściwy, ale niezbyt tłusty. Też szybko wnika w skórę, bez pozostałości w postaci lepkiego filmu. Natomiast Intensive Nourishment, to już porządna bomba odżywiająca bardzo suchą, spierzchniętą i najbardziej wymagającą skórę. 

Balsamy pachną bardzo delikatnie i przyjemnie. Ich konsystencja i wchłanianie przypadło mi do gustu, tak samo działanie. Kosmetyki szybko przynoszą mojej skórze ukojenie, nawilżenie, gładkość i elastyczność. Uwielbiam stosować je po depilacji, kiedy skóra potrzebuje specjalnego traktowania. Balsamy są mega wydajne, a i ich pojemność, co tu dużo ukrywać, też zachęca do zakupu.

wtorek, 3 lipca 2018

Linia do pielęgnacji włosów zniszczonych Toni&Guy Damage Repair

Linia do pielęgnacji włosów zniszczonych Toni&Guy Damage Repair
Lubicie swoje włosy? Ja przyznam się szczerze, że często mam z nimi mnóstwo kłopotów. Moimi pasmom bardzo trudno dogodzić i sprawić, by wyglądały nienagannie o każdej porze dnia, każdej porze roku. Kapryśne "toto", trudne do ujarzmienia, a o atakach łupieżu już nie będę wspominała. Dlatego nie namyślałam się długo i sięgnęłam po kolejne trio do włosów zniszczonych, które miało działać, a nie być tylko obietnicą producenta, wypisaną na etykiecie. 


Wierzcie mi, ogromna liczba kobiet stale narzeka na swoje włosy. Tak kończy się zapominanie o braku ochrony podczas suszenia, prostowania, stylizacji pasm. To najczęstszy powód niszczenia włosów, ale nie jedyny. Wiecie, że nawet klimatyzacja działa na nie w sposób negatywny? Idąc dalej, wakacyjna aura, wysoka temperatura, kąpiel w słonej wodzie, to wszystko sprawia, że czupryna przypomina stertę siana, a nie fryzurę pełną blasku, rozwianą letnim, przyjemnym wiatrem. Nawet używanie niewłaściwych kosmetyków, przyczynia się do niszczenia włosów. Dlatego warto zapewnić im odpowiednią pielęgnację w każdej sytuacji. Ja polecam zestaw kosmetyków od Toni&Guy z linii Damage Repair. Co wy na to? 


W skład całej linii wchodzą trzy kosmetyki, które miałam okazję przetestować. Jeśli chodzi o produkty Toni&Guy, to bardzo rzadko witam je w swojej łazience, a w sumie sama nie wiem czemu. Teraz pozwólcie, że przedstawię wam każdy kosmetyk, który z miejsca stał się moim ulubieńcem.

SZAMPON DO WŁOSÓW ZNISZCZONYCH TONI&GUY DAMAGE REPAIR


Od szamponu do włosów nie wymagam zwykle jakiegoś spektakularnego działania. Uważam raczej, że od tej porządnej roboty, jest odżywka, czy maska. Natomiast on ma tylko za zadanie odpowiednio oczyścić włosy i skórę głowy, by przygotować czuprynę na pokaz umiejętności kolejnych produktów. Ten od Toni&Guy robi to doskonale. Dawno nie miałam tak przyjemnego szamponu.
 
Kosmetyk posiada perłowy kolorek, przyjemną, lekką i odpowiednio gęstą konsystencję, a także świeży i miły dla nosa zapach. Mieści się w smukłej, poręcznej buteleczce z nieco śmiesznym, bardzo nowoczesnym aplikatorem. Lubię takie "wynalazki". Z podróżowaniem w towarzystwie tego szamponu nie ma żadnych problemów - nic się nie wyleje podczas transportu np. na wakacje. Ja wiem, że to są drobiazgi, ale strasznie ułatwiające życie, które docenia się raczej w "chwilach trwogi", prawda?
 
 
 Tak jak wspominałam wam na samym początku, szampon rewelacyjnie oczyszcza włosy i skórę głowy, a jednocześnie nie działa zbyt wysuszająco, nie wywołuje swędzenia, czy jakichś dodatkowych podrażnień skalpu. Co ważne, nie plącze włosów, ładnie odbija je od skóry, nie obciąża. Dzięki niemu, pasma stają się miękkie, delikatne i przygotowane na działanie kolejnego produktu do pielęgnacji...
 
ODŻYWKA DO WŁOSÓW ZNISZCZONYCH TONI&GUY DAMAGE REPAIR
 
 
 Bez niej nie wyobrażam sobie obecnie pielęgnacji czupryny. Jestem zakochana w tym produkcie na zabój. Dlaczego? Bo nie dość, że nie muszę jej nakładać na np. dziesięć, czy piętnaście minut, to jeszcze działa rewelacyjnie na moje zniszczone, zmęczone życiem pasma. Tak, ten produkt warto sobie zakupić jako uzupełnienie szamponu, który prezentowałam wam wcześniej. Sam raczej niewiele zdziała, ale w towarzystwie odżywki, możecie osiągnąć pełny sukces. 
 
 Po odżywkę warto sięgać regularnie, nawet po każdym myciu włosów. A co! Nakładamy ją tylko na minutkę lub dwie i gotowe. Odżywka ma kremową, gęstą konsystencję, nie spływa z pasm, łatwo się z nich wypłukuje. Nie obciąża, nie przyczynia się do szybszego przetłuszczania czupryny. Dzięki niej, włosy są idealnie rozdzielone, miękkie, delikatne w dotyku i niesamowicie błyszczące. Jestem ciekawa, jak sprawdzi się na dłuższą metę. Z pewnością na jednym opakowaniu nie poprzestanę! 
 
MASKA DO WŁOSÓW ZNISZCZONYCH TONI&GUY DAMAGE REPAIR
 
 
Maska mieści się w przyjemnym dla oka, eleganckim, a jednocześnie poręcznym słoiczku. Fajnie wygląda na łazienkowej półce i w praktyce sprawdza się jak trzeba. Wnętrze prezentuje się równie ciekawie i kusząco. Maska jest gęstsza od wspomnianej wcześniej odżywki, ja nakładam ją bardzo oszczędnie, by nie przedobrzyć i nie dopuścić do obciążenia fryzury. Lepiej nie ryzykować!
 
 
Maska pięknie pachnie z czego jestem bardzo zadowolona. Uwielbiam wąchać ten zapach podczas każdorazowego potrząsania pasmami. Ajć, coś wspaniałego! Oczywiście nie o sam zapach tutaj chodzi, a o działanie kosmetyku. Maska Toni&Guy sprawiła, że moje włosy wreszcie przestały się puszyć, są zdyscyplinowane, ujarzmione, ale jednocześnie nie przylizane i wyglądają naprawdę świeżo. Przypadł mi do gustu uzyskany efekt, więc po maskę sięgać lubię i robię to raz w tygodniu. Tyle mi w zupełności wystarczy. Jak się już pewnie domyślacie, kosmetyk należy do wydajnych, ponieważ za każdym razem, nie nakładam go zbyt dużo. Mój hit!
 
A wy znacie już kosmetyki Toni&Guy z linii Damage Repair? Jeśli chodzi o ceny, to za szampon zapłacicie mniej więcej 35 zł, tak samo za odżywkę, a za maskę ok. 43 zł. Moje włosy bardzo polubiły te produkty i pewnie "podziękują" mi za taką porcję dobroci. 
Copyright © 2016 To co kobieta lubi najbardziej... , Blogger